Witaj, zaloguj się tutaj
jeżeli nie masz jeszcze konta
Zaproś swoich znajomych do
i zbieraj punkty na swoim koncie

akceptujemy:

Komentarz

Nudziarz zamiast wariata – czyli jak spokojnie iść na dno...
2009-09-29

Piłka nożna
canemuto

Na początku pragnę zaznaczyć – jestem kibicem Lecha Poznań, popularnie zwanego w naszym regionie „Kolejorzem”. Tzn.  wydaje mi się, że jestem. Co dla mnie jest kibicowaniem, dla innych będzie ledwie piknikowaniem – ba, dla niektórych być może w ogóle nie jestem godzien zasiadać na stadionie (czy przed telewizorem nawet...). I kto ma rację? Ha, pytania o to kto jest a kto nie jest kibicem prawdziwym, jak Lechowi można się przysłużyć i wreszcie – czym właściwie staje się Lech dawały mi ostatnimi czasy frapującege tematy do przemyśleń.

Zanim wytłumaczę, co miałem na myśli tworząc tytuł z owym wariatem/nudziarzem, smutna informacja – jakąś chwilę temu Lech odpadł z Pucharu Polski. Odpadł nie strzelając bramki w meczu z ostatnim (!) zespołem pierwszej (!) ligi. Jeśli komuś będzie to pociechą – kończyliśmy mecz w dziewięciu, dwóch naszych graczy przyjęło w wirze walki (mam nadzieję, że walki – nawet, jeśli z własnymi ułomnościami ledwoż) po dwa żółtka i musiało wcześniej przespacerować się pod prysznic. Cóż z tego? Tragedia! Dramat! Hańba! Trzeba działać – ukarać zawodników, może jakiegoś do ME, trenera zrugać (albo wyrzucić), boisko zaorać... Okej, tyle z perspektywy kibicowsko-tradycyjnej. Mówiąc o tradycji mam na myśli tradycję z czasów, gdy Lech dziewięć lat temu najpierw spadł z Ekstraklasy a później ocierał się o ligę trzecią. Tradycję charakteryzującą się zbiorowymi wycieczkami kibiców pod budynek klubowy, powiązaną z pouczającymi pogadankami z poziomu parteru (podczas gdy wylęknieni kopacze ukrywali się na piętrze w szatni). Ale – czas jakiś temu – narodziła się w Lechu Poznań nowa, świecka tradycja. Cóż zatem z tego? Ano trzeba sprawę przeanalizować. Na spokojnie – zastanowić się, kto jest winny. Wszyscy zapewne, ale po co gwałtowne ruchy – nikomu to nie przysłuży, zatem powoli. Tego ukarzemy, tego upomnimy, temu damy ultimatum – ale na spokojnie, bez krzyku, nerwów. Biznesmeni nie krzyczą, a dobry pracownik nie znosi nerwowej atmosfery w pracy. 

Czyli co, kiedyś było lepiej? Chuligani i bajzel finansowy był lepszy? Że ładny stadion, solidna gra z zespołami trzeciego garnituru europejskiego, proporczyki, piękne gadżety to się nie podoba? Ależ skąd. Chuliganami zawsze gardziłem a bajzel finansowy do niczego nie prowadzi. Czy jednak ładny stadion, emocje drugiej jakości w pucharach czy wreszcie woda mineralna z logo klubu może zastąpić prawdziwą więź z klubem? Odpowiedź będzie zależała od tego, komu powyższe pytanie zadamy – dla autora tego tekstu jednak ten cały PR-owski kram nie wystarcza.
Mieszkamy w takim dziwnym kraju, gdzie coś jest albo białe, albo czarne. Wolnoamerykanka, albo mega sprawnie działająca maszyna biurokratyczno-propagandowa. Lech AD 2001 albo Lech AD 2008. Nie można stworzyć czegoś, co łączy zalety dwóch wariantów – bo się rozleci. Jak się za bardzo popuści entuzjastom, zrobi się bałagan. Jak do głosu dojdą miłośnicy Excela, giełdy i konferencji prasowych – dostaniemy obecny KKS. Bo czym jest obecny KKS? Sprawną machiną, firmą wydolną i dochodową – ba, ostatnio mieliśmy okazję usłyszeć, że Lech przyniósł najwięcej dochodów spośród wszystkich klubów w Polsce. Niespodzianka? Żadna, o ile ma się oczy i potrafi łączyć proste fakty. Obecny Zarząd KKS Lech Poznań przejął klubi i postawił sobie jasny cel – Lech ma być sukcesem. A czy sukces to wyłącznie dobre wyniki w piłce nożnej? Nie, chyba, że mówimy o reprezentacjach narodowych – tam dochody nie mają znaczenia, liczy się para w układzie i radosne wiktorie. W przypadku współczesnego klubu piłkarskiego ważny jest dochód. No tak, ale dochód to przecież wyniki! Czy aby na pewno? Przecież Lech nie po raz pierwszy gra padakę – czy oznacza to, że przestanie przynosić dochody? Na pewno nie. Lech pędzie teraz siłą rozpędową marketingu miejsko-klubowego. Nie ma wyników? Nie ma problemu – obiecajmy kibicom coś innego, odwróćmy uwagę na stadion, Euro 2012, jakieś tam transfery w przyszłości, telewizję klubową, klubowe biuro podróży, kubowe karty kredytowe, klubową prognozę pogody, klubowe horoskopy, nowego sponsora... Tematów do wyboru i koloru – sprawny team prasowy potrafiłby przy pomocy takich arguementów odwrócić uwagę płuc od oddychania, co dopiero mówić o bezwarunkowow zakochanych w klubie kibicach...
 

Wychodzi na to, że w Polsce można mieć u sterów klubowych dwa rodzaje sterników. Pierwszy rodzaj nazwijmy umownie „wariatem”, czy też pasjonatem – spójrzmy chociażby na Cupiała w Wiśle, Drzymałę w Groclinie czy innego Filipiaka w Cracovii. Taki typ człowieka raz rzuci grubą kasą na każdy transfer, po chwili dostanie szału i odbierze piłkarzom przydział wody mineralnej na meczach (nie mówiąc o premiach...). Raz przytuli każdego do piersi, poleci helikopterem na mecz pucharowy do Pcimia Dolnego – po chwili będzie prał po pyskach, nie zjawi się w klubie przez tydzień. Jednym słowem – obrażony. Ba, czasami tak obrażony, że klub porzuci. A wtedy kaplica – jedno źródło zasilania odcięte, maszyna stop.
W porównaniu z taką instytucją „nudziarze” (biznesmeni) to ostoja spokoju i nektar na zszargane nerwy piłkarzy, trenera i kibiców. Nie będą się szarpać – tutaj kupią piłkarza, tam sprzedadzą (bo z niewolnika...), tutaj na stadionie dach dobudują, tam sklep z pamiątkami otworzą. Nie ma wyników? Spokojnie, zerknijmy na wykresy... Okej, jest szansa na dobre miejsce i puchary – kibice bedą na tak, budżet będzie na tak, miasto będzie na tak. Szafa gra.

Czy tęsknię zatem naiwnie za czasami ciemności, chaosu i niepewności? Tak, na dobrą sprawę tęsknię. Bo (naiwnie, fakt) wierzyłem wtedy, że ta piłka nożna to taki przypadkowy sport, że każdemu zależy tak jak mi albo i bardziej, że „piłka jest okrągła...”. I obok tęsknoty pojawia się zazdrość – bo zazdroszczę par klubom w Polsce sponsorów „wariatów”. Niech będzie nerwowo, niech będzie niepewnie – ale, na Boga, niech coś się dzieje! Niech każda porażka nie zostanie przekuta na excelowsko-pr’owską formułę, serię banałów dla prasy i nijaką papkę. Niech piłka nożna będzie na pierwszym planie – bezwzględnie i zawsze. Bo inaczej – jak w przypadku ostatniej serii Lecha i dzisiejszego feralnego meczu ze Stalową Wolą – nieustannie będziemy zarzucani kolejnymi obietnicami (nie mistrz, to puchary, nie puchary to wyrzucimy trenera, nie trener to woda mineralna...) i ugrzęźniemy w szarości. Właśnie taki staje się obecny Lech Poznań – ani zły, ani dobry. Po prostu nudny.

Aby skomentować musisz być zalogowany
 

Brak komentarzy



Dodaj do:



r e k l a m a
         Regulamin                   O firmie                   Kontakt                   Reklama                            
© 2008 Sportfans. All Rights Reserved.
powered by Quadromedia