Mimo że wiosen kolejnych przybywa (nie, żebym zaraz się tym chełpił czy cieszył z tegoż powodu; nawet zgoła jest odwrotnie: jeśli dobrze pamiętam, ostatni raz, kiedy chciałem być starszy, miał miejsce chyba w podstawówce, potem chciałem już być młodszy), człowiek potrafi jeszcze czasem sam siebie zaskoczyć. Zadziwić - to sformułowanie będzie chyba celniejsze. Otóż całkiem niedawno uznałem się apodyktycznie za konesera boksu, dyscypliny, której miłośnikiem nigdy specjalnym nie byłem. No pewnie, że czasem się pooglądało, jakiś meczyk na żywca też mam, zdaje się, zaliczony, no i kojarzę, kto to był sędzia ringowy Popiołek. Ale żebym tam jakieś nadzwyczajne uczucia wobec bokserskich zmagań żywił - co to, to nie. Jak to się więc stało, że mi wypiłaś moje kakao? Jak to się stało, że zostałem wytrawnym znawcą pięściarstwa? Spieszę z wyjaśnieniami.
Owóż - znów piję do upływającego czasu - wraz z wiekiem wzrasta u człowieka potencjalna skłonność do bezsenności. Do bohatera filmu Insomnia jeszcze mi co prawda daleko, faktycznie jednak zdarza się niekiedy, że choćbym dwoił się i troił, nie odpływam w sen wtedy, gdy sobie tego zażyczę. I wówczas jakoś trzeba sobie radzić. Można, na ten przykład, uzyskawszy niespodziewanie trochę czasu, medytować, pracować, myśleć, to i owo zaplanować albo coś w ten deseń, ale można też - jeśli wymienione przed momentem czynności nie są twoją najsilniejszą stroną - odpalić TV. I to właśnie w omawianej tu sytuacji zazwyczaj praktykuję.
Tym oto sposobem bodaj pięciokrotnie oglądałem retransmisję walki Nikołaja Wałujewa z Davidem Hayem o mistrzowski pas organizacji WBA. Pierwsze cztery projekcje oglądałem li tylko: tak, oglądałem, bo dźwięk, z racji późnej pory oraz towarzystwa pozostałych domowników z bezsennością się nie zmagających, dokumentnie wyłączyłem. A więc oglądałem sobie i z każdą kolejna rundą a potem retransmisją pojedynek ów podobał mi się coraz bardziej. Tak, ta najnudniejsza z nudnych walk (zdaniem hałastry tak zwanych fachowców tudzież specjalistycznych komentatorów) mi się podobała, sączyłem ją sobie nieśpiesznie, niczym jakowyś szlachetny trunek. Co więcej nawet, wbrew rzeczonej hałastrze, z końcowym werdyktem się zgadzam, uznając go za sprawiedliwy. Pomimo mojej dotychczasowej (i, co tu kryć, aktualnej) sympatii do Wałujewa, Haye mnie urzekł i zaimponował: dwunastorundowym tańcem, pewną dezynwolturą ringową, delikatną prowokacją, pewnością siebie i nawet mądrością podczas walki. Co z tego, że Bestia machała nieustannie na lewo i prawo potężnymi łapskami, skoro to uciekający (ja bym powiedział, że walczący w defensywie; ot, że pozwolę sobie na delikatną nadinterpretację, takie bokserskie catenaccio, którego jestem zagorzałym fanem) non stop Haye trafiał częściej i czyściej? Liczba ciosów wyprowadzonych z pewnością była wyższa po stronie Nikołaja, wszelako chyba pasów nie dają za prucie powietrza, co? Ekonomia, panie.
Wspominałem już, że cztery spośród pięciu moich seansów z Wałujewem i Hayem w rolach głównych ograniczyłem jeno do strony wizualnej, darując sobie fonię. Nie pamiętam już z jakich powodów, wszakże którejś nocy zaszalałem i projekcję nr 5 postanowiłem okrasić dźwiękiem. Jako etatowy niemalże widz nocnych transmisji i retransmisji przeróżnej proweniencji bez trudu antycypowałem, iż na komentatorskich stanowiskach dokazują dwaj panowie K: Kulej i Kostyra. To taki duet, jakby ktoś nie znał, który raz usłyszawszy, człowiek zaczyna się zastanawiać, kto z tej dwójki jest głupszy; tandem zupełnie pozbawiony ikry i talentu jakiegokolwiek do tej roboty. Obaj niezbicie dowodzili, że każdą kolejną rundę wygrywał Nikołaj, zaś bodajże w jedenastej jeszcze piszczeli, że Wałujew wyraźnie prowadzi na punkty, natomiast Davida Haye'a uratować może tylko nokaut. Nie jego, rzecz prosta, ale Bestii, choć do końca pewny być nie mogę, co jeden z drugim mieli na myśli. To mi przypomniało sytuację z transmisji piłkarskich, gdy w trosce o nerwy swoje wyciszam Szpakowskiego. Tym panom od boksu też podziękowałem już definitywnie. Obędzie się bez uwag waszych fachowych, ekspercie Kostyro i ekspercie Kuleju.
Niespodziewanie zatem Haye został mistrzem, a ja znawcą boksu zawodowego, boksu światowego, chociaż wcale o to nie zabiegałem, więc proszę uprzejmie ekspertem mnie nie tytułować. A Haye'a polubiłem, naprawdę.